FireFlame – Force Against The End
„Force Against The End” to debiut, który od pierwszych minut nie próbuje ukrywać własnych ambicji. FireFlame wychodzą z Osaki z materiałem pomyślanym jak manifest: głośny, bezpośredni, mocno zakorzeniony w klasycznym heavy metalu, ale spięty nowoczesnym metalcore’owym nerwem. W centrum tej muzyki stoją dwie gitary, które nie tylko prowadzą riffy, lecz także budują całe napięcie płyty, niczym dwa ostrza krzeszące iskry nad rozgrzanym asfaltem. „FireFlame-Rising-” i tytułowe „FireFlame” od razu ustawiają ton albumu – jest tu bojowy patos, melodyjna nośność i wyraźne pragnienie, by nie zostać lokalną ciekawostką, lecz wejść na szerszą scenę z własnym znakiem wypalonym na metalu.
Największą siłą płyty jest jej energia. FireFlame grają tak, jakby każdy utwór miał być próbą przebicia się przez mur obojętności, a filozofia „Inner Fire” nie pozostaje jedynie hasłem promocyjnym. Słychać ją w uporze rytmów, w refrenach projektowanych pod wspólne skandowanie i w gitarowych partiach FireRaya oraz Fire.J, które łączą klasyczną metalową melodykę z bardziej współczesnym ciężarem. „The Last Ride” ma w sobie rozpęd finałowej szarży, „Something Is Wrong” wprowadza bardziej dystopijny, niepokojący cień, a „The Doomed” podkręca dramatyzm, jakby zespół świadomie przesuwał słuchacza między heroicznym zrywem a poczuciem zbliżającej się katastrofy.
W środkowej części albumu FireFlame najlepiej pokazują, że nie chcą być tylko zespołem od szybkich riffów i efektownych refrenów. „Not The Man You Think”, „City Of Corruption” i „Scapegoat” wnoszą więcej napięcia społecznego i psychologicznego, a ich tytuły dobrze współgrają z brzmieniem pełnym presji, gniewu i podejrzliwości wobec świata. Głos Mr. Big Fire’a przebija się przez instrumentalną zawieruchę z dużą determinacją, chwilami bardziej konfrontacyjnie, chwilami bardziej hymnijnie. Bas Connie Flamesa i perkusja Show.G. Flame’a nadają całości solidny ciężar, dzięki któremu album nie unosi się wyłącznie na gitarowej ornamentyce. To muzyka o scenicznej fizyczności, jak płomień zamknięty w stalowej klatce.
Nie wszystkie fragmenty działają z taką samą siłą, bo przy piętnastu utworach pojawia się naturalne ryzyko przesytu. FireFlame bywają najbardziej przekonujący wtedy, gdy potrafią skondensować energię i nie przeciągać własnych pomysłów ponad ich nośność. „Let Her Burn” i „The Omen” dobrze wykorzystują mroczniejszą atmosferę, natomiast „Praise Your Death” i „F.A.T.E.” stawiają na bardziej bezpośredni, finałowy impet. Bonusowe „Solution Of The Time”, „Unacceptable” i „No Awareness” poszerzają obraz zespołu, choć niekoniecznie są niezbędne dla dramaturgii całości. Album przypomina przez to długi koncertowy set: momentami trochę zbyt obfity, ale niesiony entuzjazmem, który trudno podrobić.
„Force Against The End” nie jest debiutem rewolucyjnym, ale jest debiutem bardzo charakterystycznym w swojej determinacji. FireFlame łączą klasyczne metalowe korzenie, metalcore’ową agresję, melodyjne refreny i japońską dyscyplinę wykonawczą w materiał, który działa przede wszystkim energią i scenicznym potencjałem. Produkcja jest nowoczesna, selektywna i nastawiona na uderzenie, choć miejscami można byłoby oczekiwać większej różnorodności nastrojów. Mimo to zespół zostawia po sobie wyraźny ślad. „Force Against The End” brzmi jak pierwszy płomień rozpalony na nocnym horyzoncie – jeszcze nie pożar, ale już sygnał, że z Osaki nadchodzi formacja gotowa walczyć o swoje miejsce w globalnym metalowym krajobrazie.