Crippling Madness – Armia Umarłych
Crippling Madness na „Armii Umarłych” nie zamierza nikogo przekonywać, że metal potrzebuje kolejnej rewolucji czy przewrotu estetycznego. Tutaj chodzi o znacznie prostsze przyjemności. Riff ma wejść pod skórę, perkusja ma pogonić puls, a po kilku minutach kark powinien już wykonywać ruchy niezależne od reszty ciała. Trzeci pełnowymiarowy album zespołu jest dokładnie takim kawałkiem thrashmetalowego grania, jakiego można było się spodziewać już po samej okładce – surowym, przypalonym na brzegach i pozbawionym jakiejkolwiek potrzeby udawania czegoś bardziej wyrafinowanego. Co najważniejsze, ta bezpośredniość działa bardzo dobrze. „Armia Umarłych” jest ciężka, agresywna i ordynarna tam, gdzie trzeba, a jednocześnie zaskakująco przyjemna w odbiorze. To jeden z tych materiałów, które zamiast zmuszać do intelektualnej gimnastyki po prostu wciągają i zachęcają do ponownego odtworzenia.
Już „Thrash Metal Fuckers” wali drzwiami razem z futryną i właściwie natychmiast wyjaśnia, czego należy spodziewać się przez kolejne kilkadziesiąt minut. Crippling Madness pozostaje zapatrzone w metal przełomu lat 80. i 90., szczególnie w okres, gdy thrash zaczynał zarażać się deathmetalową brutalnością. Duch wczesnej Sepultury krąży tutaj nad wzmacniaczami wyjątkowo często, a do tego dochodzi charakterystyczny zapach polskiej sceny ekstremalnej sprzed trzech dekad, tej mniej wypolerowanej, bardziej piwnicznej i znacznie mniej zainteresowanej tym, czy wszystko brzmi wystarczająco elegancko. „Noc Oczyszczenia”, „Piątek 13” czy „Martwe Zło” mają odpowiednią masę, ale zespół nie próbuje przez cały czas jechać z gazem wciśniętym do podłogi. Pojawiają się zwolnienia, cięższe fragmenty i zmiany tempa, dzięki którym album nie zamienia się w jednostajny łomot. Jest brutalnie, ale nie bezmyślnie.
Największą siłą tej płyty pozostają riffy. Jest ich dużo, są odpowiednio chwytliwe i bardzo szybko zaczynają pracować w głowie słuchacza, a „Imperium Sabaziosa” czy „Gniew Wampira” dokładają do tego więcej speedmetalowego ognia. Nie ma tutaj przesadnego komplikowania struktur. Crippling Madness wie, że czasem cztery dobrze ustawione ciosy robią większe wrażenie niż piętnastominutowa demonstracja technicznych możliwości. Dzięki temu „Armia Umarłych” ma w sobie coś bardziej przebojowego, ale nie jak przeboje z radia. To raczej przebojowość polegająca na tym, że po kilku odsłuchach rozpoznaje się konkretne riffy, czeka na ulubione przejścia i mimowolnie zaczyna wybijać rytm nogą pod biurkiem.
Produkcja również nie próbuje przykrywać muzyki warstwą błyszczącego lakieru. Gitary są grube, zabrudzone i odpowiednio wysunięte do przodu, dzięki czemu riffy mają ciężar oraz fizyczność. Całość zachowuje wystarczającą selektywność, ale nie traci charakterystycznej szorstkości. Programowana perkusja momentami zdradza swoją mechaniczną naturę i właśnie tutaj można znaleźć jeden z bardziej oczywistych słabszych punktów materiału. Przy tak organicznym, staroszkolnym podejściu gitarowym żywsze bębny mogłyby jeszcze mocniej podbić energię albumu. Nie jest to jednak element, który szczególnie przeszkadza podczas odsłuchu. „Armia Umarłych” ma przede wszystkim brzmieć jak metal, który spędził noc w zadymionej sali prób, a nie jak produkt sterylnego laboratorium. Pod tym względem album trafia dokładnie tam, gdzie powinien.
Nie ma co udawać, że Crippling Madness dokonało tutaj jakiegoś gatunkowego przewrotu, bo nie dokonało. „Armia Umarłych” raczej utwierdza zespół na wcześniej obranej pozycji i pokazuje, że formacja nie ma najmniejszego zamiaru opuszczać okopu wykopanego pomiędzy death metalem, thrashem i speed metalem. I bardzo dobrze. Nie każda płyta musi otwierać nowe drzwi. Czasami wystarczy z odpowiednią siłą kopnąć w te stare. Właśnie dlatego album jest tak przyjemny w odbiorze. Nie ma tutaj poczucia wymuszonej nostalgii ani kalkulowania, jak powinien brzmieć materiał skierowany do fanów starej szkoły. Jest za to szczera miłość do metalowej prostoty, dobrych riffów i bezpośredniej energii. To muzyka, której można słuchać kilka razy pod rząd bez uczucia zmęczenia, bo pod całą warstwą brudu i agresji kryje się zwyczajnie dobrze napisany, chwytliwy materiał.