Muddshovel – Little White Hair
„Little White Hair” to debiut, który nie puka do drzwi irlandzkiej sceny rockowej, tylko wchodzi przez ścianę z całym bagażem hałasu, brudu i emocjonalnego niepokoju. Muddshovel od pierwszych minut pokazuje zespół świadomy tego, że alternatywny rock nie musi być ani wygładzony, ani nostalgicznie zapatrzony w lata 90. Gitary są tu gęste, szorstkie i mocno osadzone w dole, bas pracuje jak pękająca pod ziemią rura, a perkusja trzyma całość w ryzach z energią bardziej sceniczną niż studyjną. To album pełen napięcia, ale niepozbawiony melodii; pod warstwą przesteru i rytmicznego naporu kryje się songwriting, który umie przytrzymać uwagę, zamiast tylko imponować siłą uderzenia.
Otwarcie w postaci „Over the Line” dobrze ustawia charakter płyty: jest tu pewność siebie, riffowy rozmach i poczucie jazdy po żwirowej drodze bez zdejmowania nogi z gazu. Zespół nie buduje dramaturgii przez subtelne wprowadzenia, lecz przez bezpośredni kontakt z nerwem utworu. „Third Time Today” pokazuje jednak, że Muddshovel nie są wyłącznie od frontalnego ataku. Ten numer ma więcej przestrzeni, ciemniejszy odcień i niemal folkowo-grunge’ową aurę, jakby za ścianą wzmacniaczy majaczyła stara, niespokojna opowieść. Właśnie takie przesunięcia sprawiają, że „Little White Hair” nie zamienia się w jednowymiarowy walec.
Środek albumu przynosi najwięcej dowodów na to, że grupa potrafi łączyć ciężar z charakterem. „Deep Fried Soul” i „Pity Party” mają w sobie brudny, klubowy pot oraz niechęć do nadmiernej elegancji, ale nie tracą kompozycyjnej dyscypliny. Gitary potrafią brzmieć niemal industrialnie, jak zardzewiałe maszyny rozgrzewane po latach bezruchu, lecz wokal przebija się przez ten hałas z wyrazistą, konfrontacyjną ekspresją. Nie jest to śpiew obliczony na popis, raczej narzędzie nacisku, raz chropowate, raz bardziej katartyczne. Tekstowo przewija się tu frustracja, zmęczenie relacjami, potrzeba wyznaczania granic i zmaganie z własną tożsamością, co dobrze współgra z surowym charakterem brzmienia.
Tytułowe „Little White Hair” należy do najciekawszych momentów płyty, bo nie stawia wyłącznie na siłę, lecz na atmosferę. Utwór zdaje się obracać wokół samotności i wewnętrznego odrętwienia, ale robi to bez taniego sentymentalizmu. Jest w nim bluesowo-soulowy cień, który zostaje stopniowo pochłonięty przez zniekształcone gitary, jak mały płomień zasypywany czarnym pyłem. „Cupid Sparrow” z kolei wnosi bardziej taneczny impuls i pokazuje, że Muddshovel potrafią rozluźnić konstrukcję, nie tracąc pazura. To jeden z tych fragmentów, w których energia zespołu wydaje się najbardziej koncertowa, niemal fizyczna, gotowa do przeniesienia z głośników pod scenę.
Największą zaletą „Little White Hair” jest jego autentyczność. Produkcja nie próbuje udawać luksusowej polerki, tylko zostawia w brzmieniu kurz, pot i ostre krawędzie, dzięki czemu album brzmi jak zapis zespołu, który naprawdę gra razem, a nie tylko układa ścieżki w programie. Finałowe „No Further” domyka całość z poczuciem gorzkiego bilansu, jak spojrzenie za siebie po długiej, wyczerpującej trasie. Muddshovel nie wymyślają rocka od nowa, ale przypominają, że wciąż można wydobyć z niego świeżą iskrę, gdy zamiast kalkulacji pojawia się charakter. „Little White Hair” brzmi jak garść ziemi rzucona na czysty studyjny stół – brudno, szczerze i z przekonaniem, że właśnie w niedoskonałości kryje się jego największa siła.