Hel’s Throne – Northwind Chronicles
„Northwind Chronicles” to album, który od pierwszych sekund rozpościera przed słuchaczem zimny, północny krajobraz, pełen wichru, stali i mitologicznego ciężaru. Hel’s Throne nie traktuje nordyckich inspiracji jak dekoracyjnej skóry narzuconej na zwykły symfoniczny metal. Tutaj cała konstrukcja opiera się na poczuciu wyprawy, rytuału i opowieści prowadzonej przez lodowe morza, pola bitew oraz ciemne komnaty zaświatów. Intro „Voices from the Wind” działa jak otwarcie bram przed właściwą historią: dmie chłodem, ustawia atmosferę i przygotowuje grunt pod „Ragnarok”, gdzie zespół od razu pokazuje swoją najważniejszą broń – połączenie ciężkich riffów, orkiestrowego rozmachu, growli i czystego żeńskiego wokalu.
Największą siłą płyty pozostaje kontrast między głosami. Juli Blue wnosi do muzyki blask, melodyjność i niemal baśniową przestrzeń, natomiast Christian „Litzer” Litzba odpowiada za chropowaty, bojowy ciężar, który przybliża materiał do viking metalu i mocniejszych odmian symfonicznego grania. W „Chains of the Marsh” ten dialog wypada szczególnie przekonująco, bo chwytliwy refren nie osłabia mroku kompozycji, lecz wydobywa z niej bardziej hymnijny charakter. Hel’s Throne potrafi pisać melodie, które nie giną pod ciężarem aranżacji, a jednocześnie nie brzmią jak łatwy ukłon w stronę radiowej przystępności. To raczej pochodnie niesione przez mgłę – wyraźne, ale otoczone chłodnym cieniem.
„Last Ride of the Valkyries” i „Over the Seas” pokazują bardziej epicką stronę albumu. Pierwszy z tych utworów pozwala muzyce złapać szerszy oddech, nie rezygnując z podniosłego napięcia. Drugi brzmi jak wyprawa na obce brzegi, gdzie gitary pracują niczym wiosła uderzające o czarną wodę, a symfoniczne tła rozbudowują przestrzeń poza zwykły metalowy format. Zespół dobrze rozumie, że epickość nie musi oznaczać wyłącznie większej liczby warstw. Czasem wystarczy umiejętnie poprowadzony motyw, mocny rytmiczny fundament i refren, który otwiera się jak żagiel na północnym wietrze. W tych momentach „Northwind Chronicles” nabiera najbardziej filmowego rozmachu.
Ciekawie wypadają również bardziej melancholijne fragmenty. „Beyond the Dark” i „Way of the Warrior” nie bazują tylko na sile uderzenia, ale na atmosferze zawieszenia, w której wojownicza poza zostaje na chwilę rozbrojona przez cień refleksji. Szczególnie „Way of the Warrior” ma w sobie balladowy, ale nieprzesłodzony ton – raczej pieśń po bitwie niż klasyczną metalową balladę. „Helheim” prowadzi album w stronę mroczniejszego wymiaru, gdzie mitologia przestaje być przygodową scenerią, a zaczyna przypominać zimną granicę między życiem i śmiercią. To jeden z tych momentów, w których Hel’s Throne najlepiej wykorzystuje kontrast światła i ciemności, wpisany zresztą w samą estetykę zespołu.
Od strony produkcyjnej „Northwind Chronicles” brzmi pewnie, masywnie i czytelnie. Orkiestrowe partie nie przykrywają gitar, sekcja rytmiczna daje utworom potrzebny impet, a wokale zostały ustawione tak, by tworzyć dramatyczną oś całego materiału. Nie każdy fragment jest równie zaskakujący i miejscami można odnieść wrażenie, że zespół mógłby jeszcze odważniej wyjść poza własną, dobrze rozpoznaną formułę. Mimo to album przekonuje spójnością, energią i scenicznością. „Northwind Chronicles” brzmi jak drakkar płynący przez śnieżycę – ciężki, ozdobiony symbolami dawnych bogów, prowadzony przez wiatr melodii i napędzany rytmem bitewnych bębnów. To płyta, która nie rewolucjonizuje symfonicznego metalu, ale bardzo solidnie umacnia tożsamość Hel’s Throne i pokazuje zespół na wyraźnie dojrzalszym etapie.