Aschen - The Never Ending Search

Aschen – The Never Ending Search

„The Never Ending Search” nie brzmi jak debiut, który chce jedynie udowodnić, że zna alfabet black metalu. To raczej wejście z tezą, z własnym ciężarem gatunkowym i zaskakująco dojrzałym wyczuciem narracji. Aschen, projekt działający od 2022 roku i rozwinięty wokół Mikela Telletxei, a później domknięty jako duet z Atauzzem, uderza materiałem, który od pierwszych minut sprawia wrażenie przemyślanego nie tylko muzycznie, ale też koncepcyjnie. Już sam tytuł ustawia perspektywę: nie chodzi o triumfalne odnalezienie sensu, tylko o błądzenie, które staje się stanem permanentnym. To album zbudowany na napięciu między potrzebą prawdy a świadomością, że prawda stale wymyka się z rąk jak dym przeciskający się przez zaciśnięte palce.

Największa siła tej płyty tkwi w sposobie, w jaki łączy ona tradycyjny język black metalu z dużo bardziej współczesnym myśleniem o dynamice i przestrzeni. Blast beaty, poszarpane wokale i czarne, agresywne riffy są tu obecne, ale nie dominują wszystkiego jak tyrani. Aschen buduje utwory na kontrastach: obok furii pojawia się gęsta atmosfera, obok ataku – wyhamowanie, obok brudu – zaskakująco czytelna melodia. Dzięki temu materiał nie zamienia się w jednowymiarowy szturm, tylko w pejzaż, przez który przechodzi się jak przez spaloną dolinę o świcie, gdy popiół jeszcze unosi się w powietrzu, ale na horyzoncie zaczyna drgać jakieś blade światło. Produkcja bardzo temu pomaga. Nagranie z Atala Studios i mastering Toniego Lindgrena nadają całości selektywność, która nie oswaja brutalności, tylko pozwala jej oddychać pełną piersią. To nie jest lo-fi skrywające niedostatki. To świadomie zbudowane, klarowne brzmienie, w którym każda warstwa ma własne miejsce i ciężar.

Już otwierające „Sasi Santuaren Amiltzea” robi wrażenie utworu, który nie tyle wprowadza do płyty, ile od razu rzuca słuchacza w sam środek osuwiska. Jest w nim duch samotności, rozpadu i duchowego załamania, a muzycznie słychać świetne wyczucie proporcji między monumentalnością a nerwem. „From the Depths of Decay” idzie jeszcze dalej, bo rozciąga obraz świata gnijącego od środka – z jego betonem, pyłem, rozkładem i przemocą – a jednocześnie potrafi z tej apokaliptycznej wizji wydobyć impuls buntu. „Azken Arbolak” to z kolei jeden z najbardziej sugestywnych momentów albumu, bo ekologiczny i niemal kosmologiczny wymiar tekstu spotyka się tam z muzyką, która brzmi jak wichura przechodząca przez czarny las. „Buried Name” wnosi chłód bardziej intymny, prawie sepulkralny, oparty na stracie, pustce i bezsilnym poszukiwaniu śladu po kimś lub po sobie samym. Kiedy przychodzą „Black Hounds of Justice” i utwór tytułowy, płyta nabiera jeszcze wyraźniejszego wymiaru moralnego – pojawiają się wina, sąd, prawda, konieczność spojrzenia własnemu cieniowi prosto w twarz. Wreszcie „The Forsaken Redeemer” działa jak punkt kulminacyjny, bo łączy ciężar, emocjonalne zagęszczenie i rozmach, przez co zostaje pod skórą najdłużej. „The Last Glow” ma w sobie coś z końcowego oczyszczenia, jakby cały ten mrok miał na końcu nie zniknąć, lecz przepalić się do formy bardziej świadomej.

Równie istotne jak sama muzyka są tutaj teksty i ich kierunek. Aschen odchodzi od banalnych blackmetalowych klisz na rzecz tematów bardziej egzystencjalnych i psychologicznych. Zamiast pustego bluźnierstwa albo ornamentalnej mizantropii dostaje się opowieść o pęknięciu wewnętrznym, o świecie w stanie rozkładu, o kryzysie relacji człowieka z naturą i z własnym sumieniem. Bilingwizm, czyli obecność angielskiego i baskijskiego, nie jest ozdobą, tylko częścią tożsamości tego materiału. Dopełnia to także oprawa wizualna z motywem labiryntu ułożonego z nakładających się linii papilarnych – obraz trafiony, bo dokładnie tak działa sama muzyka: jak labirynt, który nie prowadzi do wyjścia, lecz coraz głębiej wpycha w głąb własnych odbić. To album o poszukiwaniu, które nie przynosi ukojenia, ale za to zostawia blizny mające własny sens.

W efekcie „The Never Ending Search” okazuje się debiutem naprawdę mocnym – nie dlatego, że próbuje przebić gatunek na siłę, tylko dlatego, że rozumie jego język i umie nim powiedzieć coś własnego. Ta płyta nie pędzi na oślep jak stado wygłodniałych wilków, tylko krąży wokół słuchacza jak długi cień rzucany przez ogień. Ma w sobie agresję, ale nie jest zakładnikiem agresji. Ma melancholię, ale nie tonie w niej bez reszty. Przede wszystkim ma to, czego wielu młodym projektom brakuje: prawdziwe poczucie kierunku. Jeśli to jest początek drogi Aschen, to nie wygląda on jak pierwszy krok, lecz jak wejście w ciemny tunel z pochodnią trzymaną pewnie i bez drżenia dłoni.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *