merkfolk - anabiosis

Merkfolk – Anabiosis

„Anabiosis” ukazało się 4 marca 2026 roku jako czwarte wydawnictwo Merkfolk. Zespół sam zapowiadał ten materiał jako cięższy rozdział po wcześniejszym, bardziej akustycznym „Echo”, akcentując połączenie gitar i mocnej sekcji z akordeonem, wiolonczelą oraz charakterystycznym kobiecym growlem.

Na „Anabiosis” słychać powrót do brzmienia, które nie chce już tylko opowiadać historii, ale chce je wyrywać ze ścian pazurami. To folk metal nieudający muzealnej rekonstrukcji dawnych obrzędów, lecz żywy organizm – ciężki, pulsujący i rozgrzany od środka. Gitary pracują tu jak stalowe belki wbite w ziemię, perkusja niesie materiał z impetem rwącej rzeki, a akordeon i wiolonczela nie służą za dekorację, tylko za pełnoprawne nośniki napięcia. Dzięki temu album nie brzmi jak prosty romans metalu z folklorem, lecz jak starcie dwóch żywiołów, z którego rodzi się coś własnego.

Najmocniejszym punktem pozostaje umiejętność utrzymania równowagi między agresją a atmosferą. Wokal prowadzi utwory growlem o chropowatej, wyrazistej fakturze, który nie tylko dodaje ciężaru, ale też ustawia emocjonalny środek ciężkości całej płyty. Ten głos nie jest efektem specjalnym – raczej latarnią w środku burzy, choć świeci czarnym płomieniem. Nie przykrywa aranżacji, lecz spina je w całość, sprawiając, że nawet tam, gdzie kompozycje opierają się na kontrastach, całość nie traci spójności. Szczególnie przekonujące jest to, że „Anabiosis” nie sprowadza się do gatunkowego odhaczania obowiązkowych elementów. Nie ma tu wrażenia, że folkowość została dopięta na siłę do metalowego szkieletu. Przeciwnie – instrumenty tradycyjne i ciężkie riffy oddychają wspólnym rytmem.

Od strony produkcyjnej album sprawia wrażenie przemyślanego. Brzmienie jest odpowiednio gęste, ale nieprzeładowane. Udało się zachować selektywność, dzięki czemu ciężar nie zamienia się w hałas, a folkowe akcenty nie giną pod naporem sekcji rytmicznej. To istotne, bo właśnie na takim materiale bardzo łatwo byłoby popaść albo w plastikową sterylność, albo w zbyt jednorodną ścianę dźwięku. Tutaj udało się znaleźć środek – dźwięk jest masywny, lecz pozostawia miejsce na oddech, na detal, na dramaturgię.

Najcenniejsze w „Anabiosis” wydaje się jednak to, że album nie brzmi jak krok wstecz ku dawnej formule, ale jak świadomy powrót do ciężaru już po zdobyciu nowych doświadczeń. Po bardziej akustycznym etapie Merkfolk nie wraca do metalu po to, by odtworzyć wcześniejsze pomysły, tylko po to, by nadać im nowy ciężar i nową temperaturę. Właśnie dlatego ta płyta ma w sobie energię odrodzenia, ale odrodzenia podszytego cieniem, jak las wyrastający na ruinach. To materiał dojrzały, sprawnie skomponowany i przekonujący nie tylko jako reprezentant folk metalu, ale po prostu jako dobrze pomyślana płyta z własnym światem, własnym językiem i własnym ciśnieniem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *