Wojciech Kanclerz - No Metronome

Wojciech Kanclerz – No Metronome

„No Metronome” nie sprawia wrażenia płyty zaprojektowanej przy linijce, lecz materiału wyrwanego z żywego organizmu w chwili, gdy jeszcze drga. To album, w którym przypadek nie został zamaskowany, tylko świadomie pozostawiony na pierwszym planie. Brak metronomu, jak sam tytuł płyty mówi, nie oznacza tu rozchwiania warsztatu, tylko zgodę na oddech, na drobne przesunięcia, na naturalną chwiejność, która paradoksalnie nadaje całości większą siłę rażenia niż niejedna produkcja dopięta technicznie do ostatniego kliknięcia.

Największą wartością tej płyty okazuje się jej motoryka. Perkusja nie pełni tu funkcji tła ani porządkującego rusztowania, lecz staje się osią narracji. Wokół niej oblepiają się gitary, bas i wokal, jakby kolejne warstwy rdzy zarastały kawał rozgrzanego metalu. Dzięki temu „No Metronome” nie rozwija się według klasycznej logiki, lecz płynie jak strumień świadomości zapisany w brudzie, pyle i przesterze. Otrzymuje się nie zbiór kompozycji, ale jeden, poszarpany organizm, który co chwilę zmienia kształt, i nie traci tożsamości.

Szczególnie interesujące okazuje się to, że cały materiał wyrósł z jednego perkusyjnego nagrania, a dopiero później został obudowany riffami, improwizowanymi partiami gitar i basu, oraz tekstami. W takim modelu pracy bardzo łatwo byłoby wpaść w pułapkę improwizacyjnej pustki, czyli sytuacji, w której spontaniczność staje się wymówką dla braku selekcji. Tutaj do tego nie dochodzi. Mimo surowości i celowej chropowatości słychać wyraźne wyczucie dramaturgii i napięcia. Nawet tam, gdzie materiał zaczyna się chwiać, nie ma poczucia bezradności. Jest za to wrażenie, że forma została od środka rozepchnięta przez nadmiar energii.

Dużą rolę odgrywa też warstwa produkcyjna. To nie jest brzmienie sterylne ani wypolerowane, ale właśnie dlatego działa. Gęstość ścieżek, szum, przetarcia i momenty niemal granicznego przeciążenia miksu budują klimat, którego nie dałoby się osiągnąć bardziej eleganckimi środkami. „No Metronome” przypomina ciemny warsztat, w którym w powietrzu czuć jeszcze zapach po niedawno wykonywanej pracy. Słychać tu jednoosobowe przedsięwzięcie, lecz nie w sensie ograniczenia, tylko pełnej odpowiedzialności za każdy detal, od pierwszego uderzenia po finalny ciężar całości.

To album dla tych, którzy cenią w muzyce ryzyko, nieoczywistość i prawdę chwili bardziej niż formalną doskonałość. Nie wszystko jest tu równe, nie wszystko domaga się natychmiastowej aprobaty, ale właśnie w tym tkwi siła tej płyty. „No Metronome” nie idzie gładką drogą, tylko przedziera się przez zarośla, ciągnąc za sobą blachę, drewno i kurz. Zostawia po sobie hałas, ale jest to hałas znaczący. Nie dekoruje przestrzeni, tylko ją przestawia. I właśnie dlatego ten materiał zostaje w głowie na dłużej niż wiele płyt dużo bardziej uporządkowanych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *