Green Desert Tree - Fighting Dragons

Green Desert Tree – Fighting Dragons

Green Desert Tree wraca z albumem, który nie próbuje udawać skromnej płyty rockowej. „Fighting Dragons” od pierwszych minut zachowuje się raczej jak rozłożona na stole mapa fantastycznego świata – pełna bocznych ścieżek, nagłych zakrętów, ukrytych przejść i miejsc, do których nie prowadzi najprostsza droga. Berliński zespół nie chowa progresywnych ambicji pod płaszczem piosenkowej przystępności, ale też nie zamienia ich w muzealną rekonstrukcję brzmień sprzed pół wieku. To muzyka mocno zanurzona w tradycji neo-proga i symfonicznego rocka, a jednocześnie wyraźnie ustawiona w teraźniejszości, z pełnym, czytelnym dźwiękiem i aranżacjami budowanymi z dużą świadomością dramaturgii.

Już instrumentalne „Overture” działa jak podniesienie kurtyny. Klawisze Tima Sunda nie są tu jedynie ozdobą ani nostalgicznym rekwizytem, lecz jednym z głównych motorów narracji. Ich partie potrafią błyszczeć jasno, niemal teatralnie, po czym ustąpić miejsca cięższemu gitarowemu konturowi. W tym utworze bardzo dobrze słychać, że Green Desert Tree nie interesuje proste kopiowanie klasyków gatunku. Owszem, w tle majaczą skojarzenia z Sagą, Marillion, Areną czy szerzej pojętą szkołą melodyjnego prog rocka, ale zespół filtruje te inspiracje przez własną potrzebę opowiadania historii. Kompozycje nie są tylko pokazem sprawności, lecz kolejnymi scenami większego przedstawienia.

„The Storyteller” wprowadza głos Saschy Giebla i robi to bez przesadnego patosu. Wokal nie próbuje wygrać pojedynku z instrumentalną warstwą, raczej zostaje wpisany w strukturę zespołu jako kolejny element narracyjny. Można odnieść wrażenie, że to nie frontman stoi przed muzyką, ale postać wędrująca przez jej zmienne krajobrazy. Partie gitar Simona Rainera mają przy tym dużo melodyjnej szlachetności – nie epatują wyłącznie techniką, lecz prowadzą słuchacza po emocjonalnych krawędziach utworu. Tam, gdzie pojawiają się mocniejsze akcenty, muzyka nabiera sprężystości, jakby pod elegancką progresywną fasadą pracował bardziej rockowy, czasem niemal hardrockowy mechanizm.

„Talk To Me” przynosi wyraźniejsze wyciszenie. Rozpoczyna się balladowo, z pianinem ustawionym w roli przewodnika po bardziej intymnym fragmencie płyty. To utwór mniej efektowny, ale potrzebny, bo pozwala albumowi złapać oddech. Jego siła tkwi w nastroju niedopowiedzenia, w atmosferze oczekiwania na znak, który być może nigdy nie nadejdzie. Wielogłosy i subtelnie rozwijające się partie instrumentalne tworzą tu przestrzeń melancholijną, choć nie przesadnie sentymentalną. Green Desert Tree potrafi być w takich momentach przekonujące, bo nie myli liryzmu z bezruchem. Pod powierzchnią tej spokojniejszej formy nadal coś pulsuje.

Centralnym punktem płyty pozostaje tytułowe „Fighting Dragons”, najdłuższa i najbardziej widowiskowa kompozycja w zestawie. To utwór, który zachowuje się jak progresywna gra przygodowa – najpierw kusi kolorową, niemal figlarną melodią, potem wciąga coraz głębiej w labirynt zmian tempa, nastroju i faktury. Pojawiają się klawiszowe ozdobniki o baśniowym posmaku, cięższe gitarowe wejścia, partie organowe, syntezatorowe rozbłyski i fragmenty, w których każdy z muzyków dostaje chwilę, by dopisać do całości własny znak. Zamiast jednego prostego finału mamy tu serię scen, jakby smok z tytułu nie był potworem do jednorazowego pokonania, lecz symbolem wszystkich przeszkód, jakie tworzy wyobraźnia.

„High School Reunion” przynosi jedną z najbardziej zapamiętywalnych melodii na albumie. Gitara prowadząca ma tu ciepło wspomnienia wyciągniętego z pożółkłego zdjęcia, a całość balansuje między nostalgią a bardziej świadomym spojrzeniem wstecz. To nie jest utwór, który próbuje narzucić się rozmachem. Raczej powoli osiada w pamięci, jak światło późnego popołudnia na pustym korytarzu dawnej szkoły. Właśnie w takich momentach „Fighting Dragons” pokazuje, że progresywny rock nie musi być tylko architekturą zbudowaną z nieparzystych metrum i instrumentalnych popisów. Może być także muzyką pamięci, czułości i drobnych emocjonalnych pęknięć.

Finałowe „The Broken Crown” zamyka album z teatralnym rozmachem. Klawiszowe smyczki i bardziej podniosły ton przywołują obraz korony, która nie błyszczy już triumfem, lecz ciężarem odpowiedzialności. Kompozycja ma w sobie coś z ostatniego aktu opowieści, w którym bohater nie tyle zwycięża, ile rozumie cenę własnych decyzji. Powrót motywów znanych z wcześniejszych fragmentów wzmacnia wrażenie klamry, a całość zostawia słuchacza nie na polu bitwy, lecz w miejscu, gdzie kurz powoli opada i można dopiero zobaczyć, co naprawdę zostało po starciu.

Technicznie „Fighting Dragons” wypada bardzo solidnie. Produkcja jest pełna, selektywna i dobrze dopasowana do ambicji materiału. Klawisze mają szerokość, gitary odpowiednią masę, sekcja rytmiczna trzyma całość w ryzach, a aranżacje są dopracowane z dbałością o detal. Nie jest to jednak album pozbawiony słabszych punktów. Wokal bywa momentami mniej wyrazisty niż instrumentalna warstwa płyty, przez co niektóre partie śpiewane nie dorównują sile kompozycyjnych pomysłów. Można też odnieść wrażenie, że materiał czasem mocniej pracuje intelektem niż instynktem – konstrukcja imponuje, ale emocjonalny cios nie zawsze trafia z pełną siłą.

Nie zmienia to faktu, że „Fighting Dragons” jest płytą świadomą, bogatą i wykonaną przez muzyków, którzy dobrze rozumieją język progresywnego rocka. Green Desert Tree nie szuka łatwych refrenów ani skrótów, lecz buduje album jak wielopoziomową opowieść, w której smoki, korony, wspomnienia i zagubieni bohaterowie stają się pretekstem do gry z formą. To propozycja przede wszystkim dla słuchaczy lubiących melodyjny prog z narracyjnym rozmachem, wyeksponowanymi klawiszami i gitarami, które potrafią mówić pełnymi zdaniami. Nie wszystko działa tu z równą siłą, ale tam, gdzie zespół trafia w sedno, „Fighting Dragons” rozpościera skrzydła naprawdę szeroko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *