Beyond The Veil – Oblivion
„Oblivion” robi wrażenie albumu, który od pierwszych minut nie prosi o uwagę, tylko po prostu ją przejmuje. Beyond The Veil, międzynarodowy skład złożony z muzyków z Japonii, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, działa od 2020 roku, a na tym wydawnictwie rozwija formułę ekstremalnego prog metalu opartego na zderzeniu klasycznego progresywnego rocka z death-, black- i thrashmetalowym ciężarem. To płyta sześcioutworowa, trwająca ponad godzinę, z kompozycjami długimi z premedytacją i zbudowanymi tak, by nie iść na kompromisy. Już sam ten format mógłby grozić przerostem formy nad treścią, ale tutaj dzieje się coś znacznie ciekawszego – każdy utwór wygląda jak osobna komnata w jednym labiryncie, a całość nie rozłazi się w szwach, tylko spina w jedną, ciemną i konsekwentną narrację.
Największą siłą „Oblivion” okazuje się kontrast. Słychać tu wyraźnie, że zespół myśli kategoriami napięcia między spokojem a gwałtownością, między pięknem a chaosem, między nostalgią prog rocka lat 70. i 80. a nowoczesną brutalnością ekstremalnego metalu. Mellotron, Moog i Chapman Stick nie są tu kolekcjonerskimi rekwizytami, tylko pełnoprawnymi elementami języka tej muzyki. Dzięki nim album zyskuje ciepło, głębię i specyficzną analogową mgłę, która osiada na riffach jak pył na ruinach dawnej świątyni. Jednocześnie nie ma tu retrogry pozbawionej pazura – kiedy wchodzą cięższe partie, perkusja i gitary tną z precyzją, a wokale nie rozcieńczają mroku, tylko jeszcze bardziej go zagęszczają. To nie jest spotkanie dwóch estetyk na neutralnym gruncie. To raczej kolizja dwóch płyt tektonicznych, z której rodzi się muzyka jednocześnie monumentalna i niepokojąco żywa.
Otwierające „Built on Sand” ustawia ton znakomicie. Spokojny fortepianowy początek tylko pozornie daje poczucie bezpieczeństwa, bo po chwili album otwiera paszczę i wciąga w cięższy, bardziej agresywny nurt. W „A Glimpse into Eternity” bardzo dobrze działa napięcie między jasnością a cieniem – melodie próbują przebić się przez mrok, ale ten mrok wciąż ma przewagę, jakby światło było tu jedynie krótkim odruchem pamięci. „Reflection”, najkrótszy numer na płycie, wnosi bardziej sprężysty groove i mocniej wyeksponowany dół, przez co działa jak punkt złapania oddechu, ale nie osłabia dramaturgii. „Enigma” rozwija za to stronę najbardziej podniosłą, niemal ceremonialną, z orkiestracyjnym rozmachem i późniejszym przejściem w znacznie bardziej dziką, rozedrganą formę. „Collapse” okazuje się jednym z najbardziej chwytliwych momentów materiału – więcej tu czystszych tonów, więcej melodyjnego ciężaru, a zarazem ani przez chwilę nie czuć, że zespół łagodnieje. Finałowe „Terminus” domyka album jak długa nocna podróż przez spękany krajobraz: zaczyna się spokojniej, ale z ciemnym podszyciem, by potem przejść w formę rozbudowaną, zrównoważoną i wyjątkowo dobrze kontrolowaną. To jeden z tych utworów, przy których czas przestaje zachowywać się normalnie.
Na poziomie kompozycyjnym „Oblivion” imponuje przede wszystkim dyscypliną. Długie formy nie służą tu popisowi, tylko rozwijaniu motywów i budowaniu dramaturgii w sposób organiczny. Nie ma wrażenia meandrowania bez celu, które często ciąży podobnym albumom. Zamiast tego słychać konsekwencję i wyraźne poczucie kierunku – kolejne fragmenty układają się jak kostki domina, każda uruchamia następną. Muzycy operują wysokim poziomem technicznym, ale nie fetyszyzują wirtuozerii. Nawet wtedy, gdy pojawiają się bardziej efektowne rozwiązania aranżacyjne, nie wychodzą one przed sam utwór. To bardzo ważne, bo dzięki temu „Oblivion” nie zamienia się w ćwiczenie z progresywnej erudycji, tylko pozostaje albumem o realnym ciężarze emocjonalnym. Brzmi jak dzieło zespołu, który ma ambicję myśleć szeroko, ale umie też utrzymać nerw kompozycji i nie rozpuszcza intensywności w pustym przepychu.
W efekcie powstaje materiał, który nie mieści się wygodnie ani w szufladzie „progresywny rock”, ani „ekstremalny metal”. „Oblivion” żyje właśnie w szczelinie między tymi światami i w tej szczelinie rośnie jego siła. To album wymagający, ale nie hermetyczny; rozbudowany, ale nie rozwleczony; ciężki, ale nie pozbawiony melodii i ciepła. Zostawia po sobie wrażenie obcowania z czymś większym niż zestaw udanych kompozycji – raczej z misternie zbudowaną konstrukcją, która z daleka wygląda jak starożytna wieża, a z bliska okazuje się maszyną do wywoływania napięcia. Jeśli Beyond The Veil dalej będzie rozwijać tę estetykę, to „Oblivion” można traktować nie tylko jako bardzo mocny album, ale też jako punkt, w którym własny język zespołu zaczyna naprawdę nabierać ciężaru.