The Prodigy – muzyka która łączyła

W tytule jest czas przeszły, nie tylko dlatego, że dnia 4 marca 2019 roku został znaleziony martwy Keith Flint, i nie tylko dlatego, że ostatnie płyty zespołu nie miały już takiego oddziaływania. Jest tam przede wszystkim dlatego, ponieważ muzyka jako całość, nie ma już takiej mocy oddziaływania jak jeszcze w latach 90-tych.

Lata 90-te, to ostry podział subkultur, osobne grupy fanów rocka, punka, grunge’u, metalu, techno, czy też różnej muzyki z okolic disco i pokrewnych, hip-hopu, rapu… Nawet te, które były sobie muzycznie bliskie, potrafiły się izolować. Jeśli niekoniecznie w codziennych kontaktach w szkole pracy, to już na pewno podczas spędzania wolnego czasu. Nawet jeśli spędzali go w jednej okolicy, to tworzyły się grupy. Natomiast te bardziej odległe często pozostawały wręcz sterylnie oddzielone. Byli różni artyści, którzy przenikali do każdej z tych grup, mniej lub bardziej, żeby wspomnieć chociażby tak różne klimaty jak Metallica i Michael Jackson. Różne gatunki muzyki przenikały do różnych grup, niekoniecznie je łącząc.

Nieśmiały początek

I wtedy pojawiło się The Prodigy. Na początku jeszcze nieśmiało, przynajmniej w sensie przełamywania barier, z płytą Experience z 1992 roku. To był jeszcze ten czas, gdy muzyka potrafiła zaskoczyć i zaproponować coś nowego, wypełnić niszę, ale też rozpłynąć się po całej reszcie. Nowe dźwięki kusiły i skusiły wiele osób swoim nieskrępowanym charakterem, zachęcającym do tańca i zabawy ogólnie, utworami takimi jak Everybody In The Place czy Wind It Up.

W 1994 roku pojawiła się płyta Music for the Jilted Generation, która zajęła się rozkruszaniem murów w sposób bardziej dosadny, jak w teledysku do utworu No Good (Start the Dance). Z takimi utworami jak właśnie No Good, Poison, Voodoo People trafiła pod strzechy wszystkich tych ludzi, których chociaż w małym stopniu interesowała muzyka. Muzyka, której styl ciężko było opisać jednym czy dwoma słowami, to samo dotyczyło jej odbiorców. Jeśli ta płyta rozkruszała mury, to kolejna robiła z nimi rzeczy, do których opisu użycie wulgaryzmów byłoby nawet wskazane, ale chcąc tego uniknąć można napisać o rozbijaniu murów w pył jednym dotknięciem lub po prostu niezauważaniu tego, że jakieś w ogóle stoją.

The Fat of the Land

O wydanej w 1997 roku płycie The Fat of the Land rozmawiali już wszyscy. Rozmawiali, słuchali, pożyczali ją sobie i bawili się przy niej. Nikt nie protestował, gdy w jakimkolwiek klubie pojawiła się muzyka The Prodigy, ludzie wylegali na parkiet i na dyskotekach i na rockotekach. Takie nie dające się klasyfikować utwory jak Firestarter, Breathe i Smack My Bitch Up były jak walec, tyle że z prędkością bolidu Formuły 1. Ale siła tej płyty nie opierała się tylko na nich. Utwory miażdżące z taką samą siłą, ale powoli, też na niej były. Natomiast Narayan, Climbatize, to kawałki przy których można odpłynąć.

Fenomen zespołu The Prodigy jest to coś, czego na pewno nie da się do końca wytłumaczyć słowami. Muzyka grupy wciąż bardzo dobrze broni się sama.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *