Superior Rage – In Memoriam
„In Memoriam” da się odebrać jak płytę, która najpierw udaje, że będzie jedną z wielu „symfoniczno-atmosferycznych” pozycji, a potem szybko ucina tę łatkę ostrym riffem. Już po otwierającym „Indecent Condition” zostaje wrażenie, że sednem jest tu po prostu black metal: zimny, agresywny, poszarpany na krawędziach, bez miękkiej pościeli z pogłosów i ozdobników. Klawisze są obecne, ale nie pełnią roli prowadzącej – raczej podbijają napięcie w tle, zamiast rozjaśniać obraz.
Najmocniej działa tu kontrast. „Asmodeus Bacchic” zaczyna jak dalszy ciąg frontalnego ataku: riff gryzie mocniej, rytm pcha utwór do przodu, a wokal jest chropowaty i bezlitosny. I wtedy następuje moment, w którym utwór jakby zapada się pod nogami: gitary cofają się, klawisze wychodzą z cienia i nagle „atmosfera” przestaje być dekoracją – zaczyna pełnić funkcję broni. To nie jest przestrzeń po to, żeby było ładniej, tylko po to, żeby było bardziej nieswojo, bardziej lodowato, bardziej klaustrofobicznie.
W kolejnych numerach ten mechanizm wraca: nacisk na riff i tradycyjnie rozumianą blackmetalową konstrukcję zostaje utrzymany, ale nie ma wrażenia bezmyślnego pędu od ściany do ściany. Słychać zmysł do dawkowania tempa i „oddechu” – fragmenty potrafią potrwać odrobinę dłużej, żeby następne uderzenie miało większą siłę rażenia. Klawisze pojawiają się oszczędnie, niemal „chirurgicznie”, i właśnie dlatego potrafią zrobić robotę: nie dominują, nie wchodzą w przesyt symfoniki, raczej krążą po obrzeżach jak cień, którego nie da się strząsnąć.
Technicznie całość sprawia wrażenie ustawionej pod impakt, nie pod połysk. Gitary tną, perkusja ma cios, a wokal siedzi w miksie tak, żeby brzmieć surowo i wiarygodnie, bez poczucia, że wszystko zostało wygładzone na siłę. Nie ma tu przesadnej produkcyjnej sterylności ani „wielkiego” symfonicznego przepychu – jest dyscyplina i konkret, które lepiej pasują do tego materiału niż dopinanie kolejnych warstw ozdób.
„In Memoriam” jest też krótkie i zwarte – pięć numerów, bez dygresji i bez lania wody. To akurat działa na korzyść: zamiast rozmywać napięcie, EP-ka trzyma charakter i pilnuje, żeby każdy zwrot miał sens. W takim formacie łatwiej też docenić, że ta muzyka nie opiera się wyłącznie na młóceniu – równie ważne jest umiejętne „zawieszenie” nastroju, które sprawia, że brud i chłód zostają w głowie po zakończeniu utworu.
Jeśli szukać punktu, który najlepiej spina całą koncepcję, to „Soleright” jest wskazywany jako najbardziej reprezentatywny strzał – i nietrudno zrozumieć dlaczego, skoro to właśnie balans między cięciem a niepokojem wydaje się tu kluczowy. Ostatecznie „In Memoriam” wypada jak materiał, który „zarabia” na swojej atmosferze, zamiast chować się za nią: jest ostry, zdyscyplinowany i nie musi zasłaniać prostych, skutecznych pomysłów mgłą reverbów.